Depresja jest wtedy gdy budzisz się rano i ze zdumieniem uświadamiasz sobie, że przez ostatnie pół roku właściwie nie wychodziłeś z domu. To wtedy gdy ze łzami wściekłości sprzątasz przez dwa dni dom ze śmieci które nagromadziły się przez ostatnie 2 miesiące życia.
Uświadamiasz sobie fakt, że jesteś w głębokim gównie gdy na uczelni odbierając kartę egzaminacyjną nie potrafisz powiedzieć w której jesteś grupie. I właściwie cię to nie obchodzi. (Tak, w ostatnich miesiącach opanowałem do perfekcji filozofię „I don’t give a shit”. No i przeczytałem sporo książek z http://www.demonoid.com/ – niezły rezultat.)
Depresja to taki fajny stan kiedy przez telefon mówisz matce, że wszystko jest w porządku a w myślach dodajesz: „Odpierdol się w końcu odemnie i daj mi wrócić do czytania”. To wtedy gdy zamawiasz pizzę przez telefon bo nie masz siły iść do pobliskiego sklepu by zrobić zakupy (oczywiście płatne kartą bo kto by tam szedł do bankomatu).
Ostatecznie orientujesz się, że spartoliłeś pół życia na nieżycie gdy jedyne kontakty w IM które coś do ciebie piszą to boty, jedyna osoba z którą jeszcze rozmawiasz mieszka za oceanem a ty zastanawiasz się czy ktoś w ogóle przeczyta to co piszesz.
No właście, ktoś z Warszawiaków ma pomysł na to co można porobić w naszym pięknym mieście w najbliższym czasie? Co tak naprawdę robią ludzie dla przyjemności co nie sprowadza się do picia i nie wymaga komputera? ;]
PS mój pies właście płacze nad kawałkiem sushi o.O